Korepetycje dla profesorów ("Rzeczpospolita")

Dodano: 17.05.2014 r.

Przeciętny student amerykańskiego uniwersytetu – nawet jednego z tych najbardziej prestiżowych – prawdopodobnie nie dowie się podczas swoich studiów zbyt wiele o polskiej historii. Istnieje za to spora szansa, że się dowie, iż komunizm pokonali Niemcy, obalając mur berliński, największy ruch oporu przeciw Hitlerowi był we Francji, a pierwszą kobietą profesorem na Sorbonie była francuska badaczka Marie Curie. O Polsce – której wschodnie ziemie zajął w 1939 r. Stalin, by zdobyć tam strefę buforową przed Hitlerem – dowie się natomiast więcej ewentualnie przy omawianiu jednego tematu – Holokaustu. Jego wiedza, oparta na powyższych schematach, zostanie potem poparta przez kulturę masową, filmy, lektury.

Te i podobne mity utrwaliły się tak bardzo i powtarzane są tak często, że wydawałoby się, iż nic nie da się zrobić, by im przeciwdziałać. A jednak jest grupa polskich historyków, którzy podjęli to wyzwanie. Co więcej, udaje im się to – z roku na rok wywracają perspektywę i wzbogacają wiedzę czołowych amerykańskich historyków i autorów podręczników. Pomysł konferencji „Recovering Forgotten History" („Przywracając zapomnianą historię") – bo tak nazywa się to przedsięwzięcie – jest rewolucyjnie prosty. Skonfrontować autorów akademickich podręczników do historii z faktami. Wykazać im, gdzie się mylą. Pokazać im Polskę, by zobaczyli historię – o której w swoich dziełach nie napisali – z bliska.

Choć projekt wpisuje się w politykę historyczną państwa, to jest to całkowicie prywatna inicjatywa. – Wszystko zaczęło się od profesora Andrzeja Sulimy Kamińskiego, który wykładał na Uniwersytecie Georgetown i był związany z naszą Uczelnią Łazarskiego – mówi Krzysztof Łazarski, historyk, stały ekspert i recenzent konferencji. Kamiński, widząc, jak mało miejsca poświęca się naszej części Europy i jak zniekształcony jest jej obraz w akademickich podręcznikach do historii, użył swoich kontaktów, by zaprosić do Polski autorów i wydawców tych publikacji. Tam miały zostać poddane szczegółowej krytyce przez zespół polskich historyków.

POLEMIKA CZY PREZENTACJA?

Początki nie były łatwe. Na pierwsze spotkanie przybyło trzech autorów podręczników i trzech edytorów. Gdy tylko zaczęła się pierwsza sesja konferencji, polscy eksperci zaczęli ostrą krytykę omawianych publikacji. Wskazywali na błędne interpretacje, pomijane fakty, krytykowali przyjętą perspektywę. Reakcja autorów była przewidywalna: zaczęli bronić swoich tez, a dyskusja stała się tak gorąca, że omal nie doszło do otwartej kłótni. – Wtedy zrobiliśmy przerwę i postanowiliśmy, że zmienimy taktykę: będziemy się skupiać na konkretnych błędach, zdaniach i faktach – mówi Eulalia Łazarska, organizatorka przedsięwzięcia. Nowe podejście przyniosło efekty. – Amerykanie na początku byli bardzo nieufni wobec tych treści, patrzyli na nas trochę jak na dziwaków. Sama się czułam trochę jak intruz, wchodząc w ich wartości – mówi prof. Daria Nałęcz, wiceminister nauki, która od początku uczestniczyła w konferencjach jako ekspert strony polskiej. – Ale po kilku takich spotkaniach Amerykanie zupełnie przyswoili nasz punkt widzenia i teraz widać w ich narracji, że posługują się tą wiedzą – dodaje.

PODOBNE WRAŻENIA MIELI SAMI AMERYKANIE

– Na początku trudno było przyjąć tak szeroką krytykę. Ale wszystkim zależało, by książka była jak najpełniejsza i by było w niej jak najmniej błędów. To było bardzo pomocne doświadczenie – mówi prof. David Clay Large, autor jednego z najpopularniejszych podręczników do historii XX w. Okazało się też, że materiału do pracy nie zabraknie. – To były setki błędów. Od tych mniejszych, jak błędy w datach czy nazwiskach, po dużo większe. Niektóre mapy średniowiecznej Europy pokazywały w naszym regionie jakieś zupełnie niewydarzone granice – mówi Krzysztof Łazarski. Zdarzały się też zupełne absurdy. – Jeden z edytorów prof. Collins zauważył na przykład, że w podręczniku podano informację, iż kiedy w XV w. wypędzono Żydów z Hiszpanii, znaleźli oni schronienie nie w Polsce, lecz w Rosji. Tymczasem aż do czasu rozbiorów Żydzi praktycznie w ogóle nie mogli się tam osiedlać – zauważa Łazarski.

NIEZNANY SOJUSZNIK

Działalność uczestników nie ograniczała się jednak do faktograficznego poprawiania błędów. Po części czysto naukowej przychodziła część mniej formalna, gdy przy winie toczyły się dyskusje do późnych godzin. Były one – poza szansą na „miękki" lobbing – okazją do tego, by lepiej zapoznać zachodnich gości z polską historią – i polską perspektywą patrzenia na historię. To, co dla większości Polaków jest powszechną wiedzą, okazywało się dużym odkryciem dla historyków zza oceanu. – Mówiłam im na przykład o tym, jak szeroki był zakres demokracji szlacheckiej, gdzie udział w decyzjach politycznych państwa miało nawet 10 procent społeczeństwa. Ten poziom Zachód osiągnął dopiero pod koniec XIX wieku – mówi prof. Nałęcz. – Do głowy im nie przyszło, że w tych, jak myśleli, prymitywnych strukturach, które tutaj się rozwijały, mógł się zrodzić jakiś pomysł polityczny zbliżony do pomysłów brytyjskich. Podobnie zdziwieni byli, kiedy upominałam się o uwzględnienie roli Polskich Sił Zbrojnych w akcjach po stronie aliantów. Braki w wiedzy naukowców i ich perspektywy odzwierciedlają się w wiedzy ich studentów– szczególnie w młodym pokoleniu. Kiedy Ambasada Polska w Waszyngtonie przeprowadziła badanie wśród amerykańskich studentów z 250 szkół wyższych na temat wiedzy o II wojnie światowej, okazało się, że wprawdzie „polskie obozy koncentracyjne" nie przyjęły się w powszechnej świadomości młodych Amerykanów, ale prawie żaden z nich nie wskazał Polski jako sojusznika aliantów. – Niestety, większość Amerykanów wie bardzo mało nawet o swojej historii, nie wspominając już o europejskiej czy polskiej – potwierdza Alex Storozynski, dziennikarz i prezes Fundacji Kościuszkowskiej. To jednak, co wiedzą o historii, czerpią najczęściej od naukowców, którzy reprezentują perspektywę daleką od polskiego punktu widzenia. Większość autorów podręczników, a także wykładowców, którzy nauczają historii cywilizacji zachodniej i historii Europy, to bowiem specjaliści od krajów Europy Zachodniej, szczególnie Francji i Wielkiej Brytanii, Niemiec lub Rosji – i swoją perspektywę badawczą opierają na historiografii tych państw. A w nich rola Polski jest zwykle marginalizowana lub wręcz przedstawiana w niekorzystnym świetle. – Z pewnością, kiedy specjalizujesz się w historii pewnego kraju, w pewien naturalny sposób przyjmujesz jego punkt widzenia – potwierdza prof. Large. – To prawda, że wasza część kontynentu jest zbyt mało reprezentowana w ujęciach historii Europy. Large, który specjalizuje się w historii Niemiec, jest jednym z reprezentantów nowej fali historyków Europy. – To jest świadoma niemiecka polityka. W tej chwili większość grantów dla amerykańskich historyków to granty oferowane przez niemieckie fundacje, które z kolei są finansowane przez niemiecki rząd – mówi Krzysztof Łazarski. – W rezultacie w następnym pokoleniu większość autorów książek o historii Europy to będą stypendyści niemieckich programów. Mimo że polscy historycy nie przebijają się na ogół ze swoimi ideami na rynek zachodni, a polityka historyczna państwa jest mało efektywna, ekspertom biorącym udział w konferencjach „Recovering Forgotten History" udaje się zmieniać nastawienie ich amerykańskich partnerów, a także treść ich dzieł. Szczególną rolę odegrał w tym prof. John Merriman z Uniwersytetu Yale, jeden z najbardziej znanych amerykańskich historyków Europy. Merriman, zdeklarowany lewicowiec, który początkowo był jednym z największych sceptyków co do proponowanych treści, już po drugiej konferencji stał się wielkim entuzjastą pomysłu – i praktycznym jej współorganizatorem. Po swojej pierwszej wizycie sam namawiał kolegów po fachu do udziału w kolejnych edycjach konferencji. – To fantastyczne doświadczenie. Dzięki temu projektowi dowiedziałem się naprawdę wiele o polskiej historii – choćby o tym, jak postępowym i liberalnym państwem była Rzeczpospolita Obojga Narodów – mówi Merriman. Szczególne wrażenie wywarły na nim organizowane w ramach konferencji wycieczki po kraju – nie tylko zwiedzanie Krakowa i Warszawy, ale też choćby Sandomierza czy Zamościa. – Byłem też pod ogromnym wrażeniem Muzeum Powstania Warszawskiego. Można tam było poczuć i dotknąć tej historii – przyznaje Merriman.

POCHWAŁA UNII. LUBELSKIEJ

Efekty konferencji nie ograniczają się do dobrych wrażeń gości i mniejszej liczby błędów w ich pracach. Właściwie każdy z uczestników wprowadza do swoich książek nowe treści, uwzględniające wiedzę nabytą podczas wizyty w Polsce. I mimo że pole manewru w kolejnych edycjach publikacji jest zwykle małe, to udaje im się przemycić do nich znaczące dodatki: o fenomenie unii polsko-litewskiej, „Solidarności" czy realiach Polski pod okupacją Niemiec i ZSRR. – Zmiany, które wprowadziłem w swoim podręczniku, były naprawdę poważne. Powstanie Warszawskie, „Solidarność", rola Jana Pawła II. Poświęciłem też dużo miejsca obecnym stosunkom polsko-niemieckim. O tej relacji mówi się zwykle tylko w kontekście II wojny światowej. Tymczasem to, jaką drogę przebyły oba państwa, jest jedną z największych success stories historii najnowszej – przyznaje prof. Large. Zarówno on, jak i Merriman dzielą się też swoją nowo nabytą wiedzą ze studentami. A także z mediami. Kiedy prezydent USA Barack Obama odwiedzał Polskę w maju 2012 r. i zdarzyła mu się gafa, gdy powiedział o „polskich obozach śmierci", amerykańscy eksperci, którzy przebywali wówczas w Krakowie, natychmiast zareagowali, krytycznie wypowiadając się w mediach o słowach swojego prezydenta. Jaki wpływ mogą mieć? W Stanach Zjednoczonych na uczelniach wyższych uczy się ponad 20 milionów studentów. Właściwie każdy z nich musi podczas studiów zaliczyć przynajmniej jeden z przedmiotów dotyczących historii. Tradycyjnie najpopularniejszym (kiedyś bezwzględnie obowiązkowym) jest historia cywilizacji zachodniej – i to podręczniki do tego kursu są szczególnie uważnie badane przez ekspertów w trakcie konferencji. – Gościliśmy u siebie właściwie wszystkich autorów podręczników dostępnych dla studentów w USA. Okazało się bowiem, że mimo różnorodności programów nauczania na amerykańskich uniwersytetach rynek podręczników jest dość scentralizowany – mówi Eulalia Łazarska. Organizatorzy wkrótce rozszerzyli zakres badań, recenzując nie tylko podręczniki, ale też monografie traktujące o historii Niemiec i Rosji oraz te o tematyce żydowskiej. – To ważne, bo autorzy tych wielkich podręczników właśnie z nich czerpią najczęściej swoją wiedzę – mówi dr Łazarski. Dorobek konferencji jest spory: od 2006 r. na liście zrecenzowanych i poprawionych książek jest 47 pozycji – wśród nich akademickie bestsellery o nakładzie idącym w dziesiątki, a nawet setki tysięcy egzemplarzy.

LOS PROROKA WE WŁASNYM KRAJU

Mimo że przedsięwzięcie organizowane przez założony przy Uczelni Łazarskiego Instytut Przestrzeni Obywatelskiej spotykało się dotychczas z niemal jednogłośnymi pochwałami, impreza wielokrotnie była o krok od kompromitacji. Wszystko przez biurokrację. Konferencja, której jednorazowy koszt to 200–500 tys. zł, była dotąd finansowana z wielu źródeł – składali się na nią prywatni darczyńcy, instytucje publiczne i firmy – lecz od początku głównym jej sponsorem było Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które przyznawało środki na nią w ramach konkursów na projekty z dziedziny dyplomacji historycznej. I choć od 2006 r. MSZ przyznało na ten cel prawie milion złotych, współpraca między prywatną uczelnią a ministerstwem nie była łatwa. – Wiele osób z MSZ ten projekt popiera i stara się pomagać. Lecz wszystko utrudniają z roku na rok coraz bardziej skomplikowane procedury – przyznaje Eulalia Łazarska. Największym problemem był terminarz budżetowy ministerstwa. Choć organizacja imprezy rozpoczyna się rok przed nią, to wyłonienie zwycięzców konkursu MSZ następuje wiosną – a więc tuż przed konferencji. – W rezultacie prawie za każdym razem do ostatniej chwili organizacja imprezy stała pod znakiem zapytania i tylko dzięki naszej desperacji i wsparciu innych sponsorów udawało nam się to wszystko dopiąć – mówi organizatorka przedsięwzięcia. Nieskoordynowany terminarz nie był jedynym problemem. Innym razem ministerstwo nie zakwalifikowało przy rozliczeniu części poniesionych przez instytut kosztów i nakazało zwrot części dotacji – wraz z odsetkami. – Minister Sikorski wielokrotnie chwalił nasz projekt. Ale nie zrobił nic, żeby go wesprzeć. Robimy w końcu za nich dobrą robotę – skarży się Łazarski. Przełom – ustalenie bardziej stabilnego schematu finansowania – miał nastąpić w 2013 r. Dotacje poza konkursem miał obiecać organizatorom wiceminister Janusz Cisek. Został on jednak odwołany ze stanowiska w atmosferze skandalu (chodziło o nieprawidłowości w finansowaniu organizacji polonijnych) i temat upadł. – MSZ musi przestrzegać prawa, a obowiązujące przepisy nie dają ministerstwu możliwości finansowania projektów w innym trybie. Żadne ustne deklaracje chęci wsparcia nawet bardzo wartościowych projektów nie mogą stanowić podstawy wydatkowania środków publicznych i finansowania jakichkolwiek projektów – tłumaczy Rafał Sobczak z biura rzecznika prasowego MSZ. I zarzuca instytutowi nieprzestrzeganie procedur: – Dotowany wielokrotnie nie stosował na etapie realizacji projektów tak podstawowych zapisów umowy dotacji jak termin wydatkowania środków, co skutkowało koniecznością zwrotu środków wydatkowanych poza terminem oznaczonym w umowie dotacji. W rezultacie organizatorzy zrezygnowali w tym roku ze startu w konkursie, pieniędzy szukając przede wszystkim w prywatnych firmach (do tej pory zebrali już prawie połowę potrzebnej kwoty). MSZ też ostatecznie wspomogło przedsięwzięcie – kupując dla gości konferencji cztery bilety lotnicze. – Rzeczywiście, z finansowaniem takich przedsięwzięć jest problem, bo wszystkie dotacje są na bardzo konkretne cele. I może warto pomyśleć nad tym, by inicjatywy takie jak ta w prostszy sposób mogły uzyskiwać dotacje od ministerstw, bo obecnie przechodzi to już granice absurdu – przyznaje minister Daria Nałęcz. Według niej jest to jedyna taka inicjatywa, która daje konkretne wyniki. – Jest wiele komisji podręcznikowych, ciał, które się zbierają latami, i trudno powiedzieć, by wyniknął z tego jakiś konkretny efekt. Choć także one mają swoją wartość. Największe efekty są jednak wtedy, kiedy spotykają się historycy i chcą dojść do prawdy – a nie polityki – dodaje Nałęcz, która uczestniczyła m.in. w Polsko-Rosyjskiej Grupie ds. Trudnych. Minister zachęca historyków, by poszli w ślady swoich kolegów. – Nasze ministerstwo dysponuje pieniędzmi i chcemy to wspierać. To jest pole do popisu dla humanistów – deklaruje.

Autor: Oskar Górzyński

Źródło: Rzeczpospolita